Odszedł Erich von Daniken.
Nie był naukowcem i nie zmienił wiedzy o przeszłości. Nie odkrył niczego, co zmusiłoby do przepisywania podręczników. Jego wpływ leżał gdzie indziej.
Daniken zmienił horyzont wyobrażeń. Zrobił coś, co w tamtym czasie okazało się dla milionów ludzi ważniejsze niż fakty: wpuścił przeszłość do masowej wyobraźni w formie pytania. Starożytność przestała być domeną muzeów, wykładów i nudnych opisów. Piramidy, mity i ruiny zaczęły funkcjonować jako zagadka, jako coś, o co można pytać inaczej niż dotąd.
Nie mówił językiem specjalistów i nie chciał nim mówić. Mówił prosto. Czasem zbyt prosto. Czasem naciągał, czasem łączył rzeczy, których łączyć nie należało, czasem popełniał błędy, które dziś łatwo wskazać. Ale potrafił opowiadać w sposób, który trafiał do ludzi spoza świata nauki. Dla wielu był pierwszym, który wypowiedział na głos: "A jeśli nie wszystko wiemy?", "A jeśli ta historia nie jest taka, jak się wydaje?".
Nie był prorokiem ani strażnikiem faktów. Nie był też jedynie oszustem czy cynicznym prowokatorem, bo to zbyt proste wyjaśnienie. Był opowiadaczem, katalizatorem ciekawości, sprzedawcą pytań. To, co odrzucała nauka z braku podstaw, on reinterpretował tak, że zaczynało żyć własnym życiem w kulturze masowej - w książkach, programach, filmach i rozmowach przy kuchennym stole.
Nie zniszczył archeologii i nie zagroził nauce - one trwały i robiły swoje, niezależnie od niego. Ale naruszył spokój, w którym przeszłość była czymś niezmiennym, uporządkowanym i niedostępnym dla zwykłej ciekawości. Wpuścił do niej domysły, fantazje i wątpliwości, które wcześniej rzadko wychodziły poza wąskie kręgi.
I to czyniło go dla jednych inspiracją, dla innych przestrogą, a dla jeszcze innych po prostu rozrywką.
Reszta to emocje, spory i oceny, które z czasem i tak opadną.
To wystarczy, żeby go opisać.